bromo

Spotkanie z kulturą azjatycką. Indonezja

Jest zafascynowana Azją i jej kulturą. Kiedy znalazła ofertę wolontariatu w Indonezji nie zastanawiała się zbyt długo. – Czytałam, że to ciekawy kraj, więc dlaczego by tam nie pojechać?- mówi Natalia Korcz, 24-letnia studentka psychologii specjalności międzykulturowej i organizacji i zarządzania z Gdańska. W minionym roku spędziła sześć tygodni w Indonezji.

Trafiła tam w ramach wolontariatu organizowanego przez AIESEC. – To było moje postanowienie noworoczne. Jedno z niewielu, które udało mi się spełnić– śmieje się Natalia. Początkowo nie brała pod uwagę wyjazdu do tego kraju. Szukała raczej ofert w innych państwach azjatyckich: Malezji, Tajlandii, Japonii. – Tam trudno było jednak znaleźć ciekawe projekty– wyjaśnia.

Z miłości do Azji

To nie miał być jej pierwszy wyjazd na wschodni kontynent. Wcześniej uczestniczyła w podobnym programie wolontariackim w Chinach, polegającym na przygotowaniu uczniów do chińskiej matury z języka angielskiego. – Wróciłam zachwycona Azją i wiedziałam, że wybierając kolejny wolontariat też będę celowała w te rejony– przyznaje. – Bardzo mnie do nich ciągnie i podróżując zawsze jestem tam myślami– tłumaczy swoje zainteresowania. Ściśle wiążą się one z jej działalnością naukową, studiuje bowiem psychologię międzykulturową na Uniwersytecie Gdańskim.Interesują mnie różnice kulturowe, szok kulturowy. I z tego powodu chciałam jechać do odmiennego kraju- tłumaczy. Kiedy znalazła ofertę wolontariatu w Indonezji, postanowiła spróbować. Z tego powodu zrezygnowała nawet z pracy w zawodzie. – Stwierdziłam, że nie jest ona warta rezygnacji z marzeń– przyznaje. Zdecydowałam więc, że zarobię dzięki niej na wyjazd.

Wylot do Indonezji
Natalia wyleciała do Indonezji 20 sierpnia, fotografia udostępniona za zgodą Natalii Korcz: cross-culture-traveler.blogspot.com/

Przygotowania trwały około pół roku. – Poszukiwania zaczęłam na wiosnę– mówi Natalia. Pod koniec czerwca odbyła rozmowy na Skype, na początku lipca kupiła bilety, a 20 sierpnia wyruszyła z Polski.

Długa podróż do celu

Przez Warszawę, Paryż, Singapur i Dżakartę trafiła do miejscowości Surabaya na środkowo-wschodniej Jawie. – To najważniejsza z wysp archipelagu wyjaśnia Natalia. Tam zbiera się rząd, tam jest centrum cywilizacji– mówi.

Pierwszą noc spędziła w hostelu. – Taksówkarz miał spore problemy z dotarciem do celu– wspomina. A gdy już udało mu się dowieźć ją na miejsce, wystawił jej horrendalnie wysoki rachunek. Wiedziała ile mniej więcej powinna zapłacić, ale nawet po negocjacjach kwota wyniosła znacznie więcej. Takie sytuacje zdarzały się jeszcze wielokrotnie. – Turyści to dla nich chodzące portfele. Jak tylko zorientują się, że ktoś jest nietutejszy od razu podnoszą cenę o co najmniej 200% mówi. Rupia indonezyjska jest słabą walutą, co może tłumaczyć zachowanie tubylców. Podnoszenie cen nie zdziwiło jej zatem nadmiernie. – Jestem przecież w Azji. Normalka– pomyślała wtedy.

Drugiego dnia dostała się do miasteczka, w którym miała odbyć wolontariat, polegający na nauce języka angielskiego. – To była bardzo ciekawa wioska o nazwie Pare, potocznie określana jako English Village– stwierdza Natalia. – To małe miasto, w którym funkcjonuje mnóstwo szkół językowych. Zjeżdżają się tam ludzie z całej Indonezji, aby podszlifować swój angielski– tłumaczy. – Wielu z nich nie przybywa tam z własnej woli, a są na przykład wysyłani przez nauczycieli ze szkoły– dodaje. To było dla mnie bardzo ciekawe zjawisko.

szkoła w Indonezji
Natalia była wolontariuszką w Indonezji, fotografia udostępniona za zgodą Natalii Korcz, cross-culture-traveler.blogspot.com/

Miała pomagać w jednej z takich placówek edukacyjnych. Szkoła składała się z pojedynczej sali o wykafelkowanych, kolorowych ścianach, mających chronić przed upałem i wilgocią. – Jak na standardy europejskie była raczej prowizoryczna– ocenia Natalia. Z przodu mieścił się niewielki pokoik, w którym uczniowie mogli spędzać czas, większość zajmowała sala lekcyjna połączona z domem dyrektora. O tym, że to szkoła prywatna dowiedziała się już po przyjeździe. Nie kryje swojego zdziwienia tym faktem. – Nie wyglądało to do końca tak jakbym chciała, bo dla mnie wolontariat to praca, którą wykonuje się nieodpłatnie dla potrzebujących tłumaczy. W Indonezji tego typu pomoc nabrała zupełnie innego charakteru. Dla dyrektora szkoły stała się okazją do spopularyzowania ośrodka. – Właściciel był typowym biznesmenem. Całymi dniami siedział na fejsie, gdzie uskuteczniał działania PRowe– opowiada. Wolontariusze stanowili część jego reklamy. – Traktował nas jak twarze swojej szkoły– mówi Natalia.

Jawa w dwa weekendy

Pracowała niewiele, bo około czterech godzin dziennie. Wolny czas często spędzała ze swoimi uczniami lub wykorzystywała na podróżowanie. W któryś z weekendów wybrała się do pobliskiego miasta Malang, gdzie znajduje się oddział organizacji AIESEC. – Jedna z pracujących tam dziewczyn zabrała mnie na wulkan Bromo– wspomina Natalia. – Przed świtem wjeżdża się na szczyt, gdzie czeka się na wschód słońca. Widok stamtąd jest naprawdę zniewalający, chyba najpiękniejszy jaki w życiu widziałam– dodaje. Następnie udały się pod sam wulkan i wspięły się na jego krater. – To dosyć niebezpieczne, bo wulkan jest wciąż aktywny – mówi.

Wulkan Bromo w Indonezji jest wciąż aktywn
Natalia na Bromo, fotografia udostępniona za zgodą Natalii Korcz, cross-culture-traveler.blogspot.com

Wtedy też udało jej się zobaczyć ukryte w dżungli wodospady Madakaripura. Zieleń, wysokie zbocza, z których spływał rwący strumień wody zrobiły na niej niemałe wrażenie. Dopiero później okazało się, że warto było trzymać się tam na baczności – Po wyjściu stamtąd usłyszałam pewną anegdotę związaną z tym miejscem. Okazało się, że parę dni wcześniej zginął w nim człowiek, uderzony zrzuconym przez małpę kamieniem– opowiada.

Inny weekend spędziła w uchodzącej za kulturową stolicę Jawy, Yogyakarcie. – To miasto ewenement, bo chyba jako jedyne na świecie ma swojego króla– opowiada Natalia. Indonezja wcześniej była zbiorem oddzielnych królestw, które zniknęły po zjednoczeniu. – Jedynie Yogyakarta zachowała swojego władcę– mówi. Miasto pokazała jej znajoma Indonezyjka, poznana podczas poprzedniego wolontariatu w Chinach. Wspólnie zwiedziły między innymi kompleks Prambanan, największą hinduistyczną świątynię w Indonezji. – Zabrała mnie też na spektakl z tradycyjnymi, jawajskimi tańcami, muzyką i strojami– wspomina Natalia.

Kuchnia indonezyjska

W szkole była jedyną wolontariuszką i trzecią nauczycielką obok dyrektora i Briana, młodego Indonezyjczyka, studenta ostatniego roku filologii angielskiej. Podczas pierwszych dwóch dni towarzyszyła jej także Czeszka. – Opowiedziała mi o pobycie tam same złe rzeczy. Nie podobała jej się rodzina, jedzenie wspomina Natalia. Naprawdę się wtedy przestraszyłam, choć ostatecznie okazało się, że ta dziewczyna po prostu nie nadaje się do takich wyjazdów- mówi.

Obawy Natalii rozwiały się już po kilku dniach, kiedy to została ciepło przyjęta przez rodzinę, u której mieszkała. – Byli bardzo, mili, otwarci i nastawieni na moje potrzeby– mówi. Bogaci w doświadczenie z poprzednich lat starali się przygotowywać posiłki odpowiadające gustom ich gości, którzy zwykle niechętnie odnosili się do tamtejszej kuchni. Poprzedni wolontariusze wybierali raczej kupowany specjalnie dla nich chleb tostowy i dżemy. Dlatego domownicy dziwili się, ale i cieszyli, gdy Natalia jadła wspólnie z nimi. – Lubię próbować kuchni innych krajów – przyznaje. Przez pięć tygodni spożywała dania typowe dla diety halal, radykalnie odrzucającej m.in. mięso wieprzowe.Trzeba pamiętać, że mieszkańcy Indonezji to w zdecydowanej większości muzułmanie– tłumaczy Natalia. Stąd w ich diecie dużo wołowiny pochodzącej ze zwierzęcia zabitego w sposób rytualny. Obok domu, w którym mieszkała pracował rzeźnik przygotowujący takie mięso. – Codziennie o północy otrzymywał dostawę dużego wołu, którego zbijał zgodnie z regułami. A przez kolejne dwie godziny słyszałam jak to zwierzę dyszy i powoli się wykrwawia– wspomina. Z czasem zdołała się do tego przyzwyczaić. Podobnie jak do specyficznej kuchni indonezyjskiej. – Jeśli ktoś nie ma ochoty na poznawanie nowych smaków może mieć problem– stwierdza Natalia. – Jedzenie jest bowiem bardzo ostre lub zbyt słodkie. Dania niejednokrotnie mogą zadziwiać. – Zdarzyło mi się jeść potrawkę ze skóry wołowej i rdzeń kręgowy krowy– wspomina. W Indonezji śniadanie, obiad i kolacja mogą wyglądać tak samo. Podstawowym składnikiem dania jest biały ryż. Do tego, w zależności od dnia przygotowuje się różne dodatki. – Często to coś smażonego, na przykład tofu albo tempe czyli blok ze sfermentowanej soi oraz zupa– mówi Natalia.

Kuchnia indonezyjska
Szybko posiłek w Indonezji, fotografia udostępniona za zgodą Natalii Korcz , cross-culture-traveler.blogspot.com

Wieczorami w obszarze zajmowanym przez szkołę jeździły obwoźne stragany z jedzeniem, w których mieszkańcy zaopatrywali się w kolację. – Każdy z nich oferował coś innego: sate czyli szaszłyki z kawałkami kurczaka w sosie orzechowym, albo mięsne pulpeciki czy smażone banany– wymienia. Do każdego z dań był przypisany inny dźwięk, za pomocą którego sprzedawcy informowali o rodzaju zaopatrzenia. – Dzięki temu ludzie mogli wyjść w odpowiednim momencie i zamówić posiłek, na jaki akurat mieli ochotę– mówi.

Różnice kulturowe

Zdarzało jej się też jadać w mieście razem ze swoimi uczniami.– Oni byli bardzo fajni, więc często po zajęciach wychodziliśmy razem na kawę czy coś zjeść– wspomina. Podczas wspólnych posiłków w gronie Jawajczyków zaobserwowała specyficzny sposób picia kawy. – Wylewają nieco na spodek i z niego piją– tłumaczy Natalia. Dzięki temu kawa nie jest tak gorąca.

W nawiązaniu kontaktu z tubylcami pomogły jej studia. – Jestem prawie psychologiem międzykulturowym, więc miałam pojęcie jak dużych różnic mogę się spodziewać– tłumaczy. – Wiedziałam na przykład, że w Indonezji bardzo respektuje się starsze osoby. Uczniowie nawet do nauczyciela, który był studentem, często liczącym sobie niewiele więcej lat od nich zwracali się z przedrostkiem „mas” zarezerwowanym dla starszych ludzi. Innym przejawem respektu wobec dorosłych jest zakaz zakładania w ich obecności nóg na kanapę.

Jednak nie wszystkie z jej przypuszczeń dotyczących różnic kulturowych okazały się trafne. – Zdziwiło mnie, że byłam bez ogródek pytana o sprawy prywatne, na przykład czy mam chłopaka, męża, ile mam lat, ile ważę– mówi. Kultury azjatyckie słyną bowiem z wysokiej zachowawczości, dystansu. Raczej nie mówią niczego wprost, bojąc się urazić swojego rozmówcę. Bardzo trudno im też odmawiać.Nie wiem zatem czy zachowywali się tak, dlatego że byłam obcokrajowcem i wzbudzałam w nich ciekawość czy po prostu nie mają problemu z zadawaniem tego typu pytań– zastanawia się Natalia.

Do niektórych zwyczajów trudno było jej się przyzwyczaić. – W Indonezji trzeba zdejmować obuwie przed wejściem do domu– mówi Natalia. A jako że chodzi się tam najczęściej w klapkach i boso, często o tym zapominała. – Podobnych niuansów było wiele– dodaje Natalia.

Religia

Indonezja jest państwem zróżnicowanym etnicznie, religijnie i kulturowo. Jej mieszkańcy mają silne poczucie patriotyzmu, jedności i wspólnotowości. – Miałam okazję brać udział w paradzie z okazji odzyskania niepodległości– mówi Natalia. Przypominało to karnawał. W tym czasie w każdym miasteczku odbywa się parada, w którą zaangażowani są wszyscy mieszkańcy.Przebierają się w różne stroje, na przykład historyczne, mające upamiętniać istotne wydarzenia lub bardziej humorystyczne– opowiada. Moi ulubieńcy to kulturyści, którym się nie udało. To byli podstarzali grubsi panowie trzymający baner z napisem: „kulturyści, którym nie wyszło” i ruszający się w takt muzyki ACDC– śmieje się.

Święto Niepodległości w Indonezji
Parada z okazji Święta Niepodległości w Indonezji, fotografia udostępniona za zgodą Natalii Korcz, cross-culture-traveler.blogspot.com

Indonezyjczycy są patriotami i potrafią się tym cieszyć, ale jednocześnie przejawiają też silne poczucie przynależności i solidarności plemiennej. – Najliczniejsi i najbardziej wpływowi są Jawajczycy– mówi Natalia. Niektóre ludy wciąż odczuwają wobec siebie niechęć, na skutek dawnych zatargów, co pokutuje chociażby w przesądach. – Na przykład mówi się, że małżeństwo Jawajczyka z Sundajką nigdy nie będzie szczęśliwe– opowiada Natalia.

Od zabobonów ważniejsza jest jednak religia. Obok wyznawców dominującego w państwie islamu można spotkać konfucjonistów, buddystów, katolików. – Rząd jest muzułmański. Swego czasu znana była historia polityka-chrześcijanina, który aby objąć władzę przyjął islam– opowiada Natalia. Religia była bardzo odczuwalna także w codziennym życiu. O określonych godzinach można było słychać z umocowanych na meczetach głośników nawoływanie do modlitwy. W tym czasie nie wolno było zbyt hałaśliwie się zachowywać, słuchać głośnej muzyki czy śpiewać.

Muzułmanie, choć stanowią większość, respektują wyznawców innych religii. – Nie spotkałam się z piętnowaniem kogoś z powodu odmiennej wiary. Dziwił ich jednak ateizm. – Trudno im było zrozumieć, że nie mam żadnego wyznania– mówi.

Raz brała udział w obrzędzie religijnym. – Zmarł akurat kuzyn dyrektora szkoły– mówi. Ten zabrał ją wtedy do swojej rodziny. – Mieszkańcy Indonezji długo celebrują żałobę, spotykając się na wspólnej modlitwie– mówi. W jednym końcu mieszkania siedziały kobiety, a w drugim modlili się mężczyźni. Czynili to głośno, wpadając przy tym w rodzaj transu. – To było dla mnie bardzo ciekawe doświadczenie, bo można było się wczuć w te transowe modlitwy– przyznaje Natalia. – Co ciekawe modlitwy odmawiane się po arabsku, a większość z modlących się w ogóle ich nie rozumie– dodaje.

Bali

Po zakończonym wolontariacie postanowiła wybrać się w samotną podróż po okolicznych wyspach.- Po raz pierwszy podróżowałam sama– przyznaje. Zależało jej przede wszystkim na słynnym Bali, gdzie spędziła kilka dni. Stamtąd przepłynęła promem na Gili Air, a następnie na jeden dzień udała się na Lombok. – Pojechałam tam, bo było bardzo blisko lotniska, a następnego dnia miałam wracać do Polski– tłumaczy Natalia. Sama wyspa nie wyróżniała się niczym szczególnym spośród poprzednio odwiedzonych, a jednak gdyby miała jeszcze raz wybierać, wolałaby spędzić więcej czasu na Lombok niż na Bali. Ewentualnie udałaby się na północ wyspy, która jest nieco mniej nastawiona na turystów. Na południu bowiem można ich spotkać więcej niż tubylców. A ci ostatni z kolei czerpią spore zyski z nierzadko nachalnej sprzedaży pamiątek i usług turystycznych. Na każdym kroku można było się natknąć na biura podróży, oferujące najprzeróżniejsze formy zwiedzania wyspy. – Pod tym względem Bali okazało się bardzo męczące– ocenia Natalia. W Kucie, jednym z popularniejszych, balijskich kurortów można było spotkać mnóstwo imprezujących i surfujących Australijczyków.

Znacznie bardziej podobało jej się w Ubud, mieście słynącym z kompleksu świątynnego z rezerwatem makaków.

Makaki w Ubud
Rezerwat makaków w Ubud, fotografia udostępniona za zgodą Natalii Korcz, cross-culture-traveler.blogspot.com

To było w lesie. Wokół znajdowały się stare posągi, świątynie. I tam wolno biegały małpy– opowiada. Można je karmić zakupionymi wcześniej bananami. Zabronione było jedynie hałasowanie i dotykanie zwierząt.Trzeba było im jednak pozwolić dotykać siebie– mówi Natalia. Makaki wspinały się nawet po ciele człowieka, aby zdobyć banana. – Przyzwyczajone do ludzi nie uciekały, dzięki czemu można było zaobserwować ich codzienne życie – dodaje.

Gili Air

Po kilku dniach na Bali trafiła na Gili Air. Wyspa jest tak mała, że w ciągu pół godziny można objechać rowerem jej całe wybrzeże. Rower to zresztą jedyny, obok zaprzęgów konnych środek poruszania się. Nie sposób natknąć się tam na autokary, samochody czy motocykle.Gili Air pełna jest urokliwych knajpek i restauracyjek, w których czuć, że czas wolniej płynie– stwierdza. Nie mniej przyjemne są tamtejsze hostele. Wynajęła łóżko w wieloosobowym, koedukacyjnym pokoju. – Wszystko było tam z wikliny– wspomina. – To prawdziwa rajska wyspa.

Na Gili Air, mimo jej spokojnego charakteru, nie brakowało atrakcji. – Można było na przykład wykupić wycieczkę nurkową czy za niewielką cenę zrobić kurs nurkowania– mówi Natalia. Skusiła się na jedną z takich ofert, proponującą całodniowy rejs wokół okolicznych wysepek. W tym czasie miała okazję nurkować. – Widzieliśmy żółwie, mnóstwo ryb- opowiada.

Wybrzeże Gili Air, indonezyjskiej wyspy
Plaża na Gili Air, fotografia udostępniona za zgodą Natalii Korcz, cross-culture-traveler.blogspot.com

Długa droga do domu

Podróż powrotną rozpoczęła na Lombok. W międzyczasie udało jej się jeszcze zwiedzić Singapur. – Miałam tam ponad dziwięciogodzinny transfer– tłumaczy. Zamiast oczekiwać na lotnisku, postanowiła wybrać się do miasta. Wejście do niego jest możliwe wyłącznie po wcześniejszym uzyskaniu wizy. – Na szczęście okazało się, że można otrzymać ją od ręki. Wystarczył paszport mówi Natalia.

Singapur jest niewielkim, bardzo bogatym państwem-miastem. – Tam było zupełnie inaczej niż w Indonezji, czysto, nowocześnie. Miasto wyglądało na zaplanowane i wybudowane zupełnie od podstaw. Wszystkie budynki idealnie się ze sobą komponowały stwierdza Natalia. Architektura jest zresztą tym, co w Singapurze budzi największy zachwyt. Miasto słynie też z zadziwiających zakazów i praw. – Nie można jeść i rzuć gumy w miejscu publicznym. Nie można mieć psów– wymienia Natalia. – Trochę się bałam, czy czegoś nie przeskrobię– śmieje się.

Do domu trafiła po 48 godzinach podróży. – Lubię wracać do Polski, jeśli wiem, że dobrze wykorzystałam czas podróży. Bo przecież wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej– stwierdza.

Podoba Ci się ten artykuł? Podziel się ze znajomymi!